czwartek, 11 sierpnia 2016

czarodziejska kuchnia błotna

Żadnego wypasu tam nie ma, żadnych prawdziwych zlewów, kuchennych szafeczek czy kranów z kurkami...



W to miejsce trafił tam pieniek, skrzynka, stary taboret, kilka desek, gwoździ i szmatek. A wszystko umieszczone w malowniczej scenerii krzewu leszczyny, pod którym każdy dorosły przychylić się musi, a dzieciaki poruszają się w jakby - na wymiar zbudowanej - chatce krasnoludków. 

Z jednej strony piaskownica - jeden z głównych (obok kranu z wodą ;)) - dostawców produktów do dziecięcej gastronomii błotnej; z drugiej ogródek Dziadka - główny partner, jeśli chodzi o dekorację potraw ;).
Za artykuły tegoż gospodarstwa domowego służy im to, co Babci służyć już przestało: dziurawy czajniczek, wygięty widelec, obity rondelek, przypalona łyżka, zardzewiałe sitko, pęknięta deska do krojenia, niepełny komplet uszczerbionych tu i ówdzie filiżanek ze spodkami, kilka słoiczków i butelek, patyczki po lodach, specjalnie do tej kuchni zakupiona najprawdziwsza kawiarka w wersji mini i jeszcze parę innych gadżetów ;).



I właśnie tam, w tej błotnej kuchni, dzieciaki spędzają najwięcej czasu.
A ja tuż obok zawiesiłam sobie (?!) hamak i dzieciaki obserwuję.

A dzieje się tam!
- Wczoraj np. zaserwowały mi spaghetti z wiórkami kokosowymi, a Urszulce wiszącej na cycku wiszącym w hamaku - białe kakao ;) i zaprosiły, by przyjść znów, bo otwarte jest do soboty, a w niedzielę odpoczywają ;).
- Któregoś dnia dobiegły mnie słuchy o torciku z rannej rosy i skrzydełkach owianych wietrzykiem (znają tego Słowika prawie na pamięć ;)).
- Jakiś czas temu były muffinki z posypką waniliowo-słonecznikową.
- Innym razem ścierali i zgniatali kredę chodnikową, by innym sposobem, niż tym z dziadkowego ogródka, dodać nieco koloru swoim potrawom ;).
- A dziś suszyli ziółka i robili soki jarzębinowe :).


Ta kuchnia to był naprawdę strzał w dziesiątkę! Znika w niej na długo również każde dziecko wpadające z wizytą! Dzieciaki odrywają się od niej tylko na przejażdżkę rowerową lub by powozić kota w wózku dla lalek, robić bańki albo czytać w tym hamaku, co go niby dla siebie zawiesiłam ;).
I jak tu nie nazwać tej kuchni błotnej "czarodziejską" :)?
I nie potrzeba żadnych plastikowych zestawów kucharskich z supermarketu!!!

Będziemy tęsknić za tym dziecięcym kącikiem pod leszczyną po powrocie z długich wakacji w Polsce...

Pozdrawiamy serdecznie,

Małgosia z ekipą (Florian również podziwia naszą kuchnię błotną tylko na zdjęciach ;))